Nowa strona, nowy adres!

Doczekaliśmy się nowej strony i nowego adresu!

Aby śledzić dalej blog 7000mil zapraszamy na http://www.7000mil.pl !! 🙂

 

P.S. Na nowo trzeba także założyć subskrypcję email. 🙂

 

Pozdrawiamy gorąco z Sajgonu!

Reklamy

Angkor – cud świata

Angkor. Zabytkowe khmerskie miasto. Cud świata. Miasto, które w XII wieku miało milion mieszkańców, najwięcej do czasów rewolucji przemysłowej. Miejsce magiczne, zaskakujące. Po tylko jednodniowej wizycie mogę stanowczo stwierdzić, że każdy powinien chociaż raz w życiu to miejsce zobaczyć. A  ja chcę jak najszybciej wrócić. 

12546033_10208596617696995_1228125590_o

Angkor znajduje się około 20 minut jazdy tuk tukiem od miasta Siem Reap. Bilet wstępu wynosi 20USD i jest całkiem fajną pamiątką. Bilet obowiązuje na całe miasto Angkor, a sprawdzany jest przed wejściem do każdego kompleksu, więc należy go zachować. Po samym Angkorze najlepiej poruszać się tuk tukami, szczególnie że odległości między świątyniami są dosyć spore. My w planie z grupą mieliśmy 3 – porośnięte drzewami Ta Prohm, pełną ludzkich twarzy Bayon oraz tę najwspanialszą, na sam koniec, Angkor Wat.

 

Ta Prohm to świątynia wybudowana na przełomie XII i XIII wieku. Słynnie przede wszystkim z białych drzew o nazwie Spung, które porastają świątynię opuszczoną w XIV wieku i do połowy XIX nieodkrytą. Masywne korzenie drzew, które po prostu oplatają mury świątyni, robią kolosalne wrażenie. Szczególnie, kiedy się dostrzeże jak ogromne są korzenie i jak masywne są to drzewa. Podczas spacerowania po jej wnętrzu szczególnie trzeba wejść do wieży szczęścia, w której można usłyszeć echo tylko wtedy, jeżeli uderzy się we własne płuca stojąc w niej. Efekt jest niesamowity.

 

Po Ta Prohm udaliśmy się do Bayon, świątyni wielu twarzy. 54 wieże, każda ozdbiona 4 smutnymi twarzami, robią niesamowity efekt. Człowiek czuje się, jakby był cały czas obserwowany. Światynia nie jest duża, natomiast zachwyca dbałością o szczegóły i wykonanie. Aż dziw bierze, co Khmerowie potrafili wybudować w czasach, gdy my uczyliśmy się budować kamienne grody. To właśnie także w tej świątyni, znajduje się wspaniała płaskorzeźba opisująca codzienne życie Khmerów oraz stoczoną bitwę z ludem Cham, który w tamtych czasach zamieszkiwał obecne tereny Hanoi (stolica Wietnamu). Warto się tam udać i razem z khmerskim przewodnikiem dokładnie obejrzeć tę płaskorzeźbę.

 

Na sam koniec, zostawiliśmy sobie perełkę, którą mogliśmy oglądać w świetle zachodzącego słońca co każdemu gorąco polecam. Najbardziej popularne wśród turystów jest zwiedzanie Angkor Wat podczas wschodu słońca. Wtedy są tam tłumy, nie ma szansy by w spokoju oglądać świątynię. Ja polecam zrobić to podczas zachodu. Tłumów już nie ma, jest cisza, spokój, może się nawet udać, tak jak nam, że byliśmy jedynymi turystami na wewnętrznym dziedzińcu. Widoki i zdjęcia wychodzą piękne, a i jest możliwość kontemplacji i usłyszenia dźwięków świątyni.

Angkor Wat zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Pierwszy efekt, już podczas maszerowania pomostem, wśród bardzo dobrze zachowanego kanału. Frontowe bramy, robią niesamowite wrażenie wykonaniem i dbałością o szczegóły. Gdy się ją przekroczy, oczom ukazuje się pokryty trawą teren, kamienny chodnik prosto do świątyni i potężne 3 wieże światyni (jest ich 5, ale są idealnie ustawione na bazie kwadratu, dlatego widzimy tylko 3).

,szacunek wobec jej budowniczych i architektów. Nam udało się być samotnie w wewnętrznym dziedzińcu, móc chwilę przysiąść, wsłuchać się w dźwięki światyni. Trudno to słowami opisać. To trzeba po prostu zobaczyć na własne oczy. Żaden film, żadne zdjęcie, żaden opis nie oddadzą tego co pokazuje nam Angkor Wat. A gdy wyobrazimy sobie dodatkowo, że ten szary obecnie kamień w momencie świetności miasta był w całości w złotym kolorze, pełen drogich kamieni…dech zapiera.

Tutaj także polecam mieć ze sobą lokalnego przewodnika. Mnie współpraca z Heangiem układała się znakomicie, był w stanie pokazać wiele elementów, których oko turysty, nawet świetnie przygotowanego do zwiedzania, nie wychwyci.

Nie mam z tego miejsca wielu zdjęć, gdyż starałem się wzrokiem chłonąć to co widzę, a byłem pewien, że żadne zdjęcie nie odda tego co mam przed oczami. Jeżeli myślicie o wyjeździe do Azji i zastanawiacie się gdzie jechać, wybierzcie się chociaż na dwa dni do Siem Reap aby zobaczyć miasto Angkor i świątynie. Dajcie sobie na to przynajmniej jeden dzień, by spokojnie pochodzić, przyjrzeć się i oddać hołd twórcom tego wspaniałego miasta.

Siem Reap

IMG_20160107_143658

Prosto z Malezji wylądowałem w mieście Siem Reap, które najbardziej znane jest z tego, że znajduje się obok jednego z cudów świata – miasta Angkor i świątyni Angkor Wat. Ja miałem możliwość spędzenia tam dwóch dni i gorąco polecam każdemu. Najpierw jednak o samym mieście.

Zanim się do niego dostaniecie, należy przejść przez nowe międzynarodowe lotnisko, wybudowane specjalnie dla obsługi Angkoru. Wiza do Kambodży kosztuje 30USD, nie trzeba jej wcześniej w żaden sposób załatwiać. Wystarczy ze zdjęciem oraz paszportem podejśc do biurka przy którym siedzi około 8 urzędników, zapłacić i poczekać 15 minut. Paszport przejdzie przez całą ósemkę, każdy ma co innego do zrobienia 😉 i dostajemy paszport z ładnie wyglądającą wizą.

 

Jeżeli planujemy kilkudniowy pobyt w Kambodży, proponuję zakupić kartę sim. Za koszt 10USD dostajemy 4GB internetu LTE (bądź 4G jeżeli nasz telefon LTE nie obsługuje) plus około 5 dolarów na rozmowy, co jest bardzo dużo. Numer się przydaje do kontaktu chociażby z kierowcami Tuk-Tuków, z którymi na kolejne przejazdy można wynegocjować lepsze ceny. I można od razu umówić się na drogę tam i z powrotem.

Miasto jest czwartym co do wielkości miastem w Kambodży i ma około 200 tysięcy mieszkańców. Zorientowane jest głównie na obsługę turystów odwiedzających Angkor, dlatego większość budynków jakie mija się w drodze z lotniska do centrum miasta to coraz nowocześniejsze hotele, które przyjmują rocznie ponad 2 miliony turystów! Sama droga z lotniska do centrum to koszt 5 dolarów Tuk Tukiem, czyli motorem z przyczepką, który zabiera maksymalnie 4 pasażerów (Europejczyków raczej 3, w 4 to już niezły tłok).

Samo centrum skupia się wokół  rzeki, nad którą znajdują się pięknie w nocy oświetlone mosty, Old Market na którym zakupimy wszystko, co sobie wymarzymy (nie ma problemu z europejskimi rozmiarami ubrań). Znajduje się tam także kilka nocnych targowisk, z jedzeniem oraz pamiątkami oraz główna ulica miasta dla turystów, nazwana Pub Street. I jak nazwa sama mówi, jej około trzystumetrowy odcinek to same puby. Miasto ma swój klimat. Jest łatwe do pospacerowania, samo w sobie ma kilka atrakcji, większość oczywiście związanych z miastem Angkor. Ja ponieważ głównie swój czas poświęciłem na zwiedzanie tego zabytkowego khmerskiego miasta, po samym Siem Reap głównie pospacerowałem. Natomiast z chęcią tam wrócę, gdyż klimat tego miasta przyciąga.

Krótko o kwestii cen w Kambodży i waluty. Płacimy w dolarach amerykańskich, nie ma problemu z wydawaniem w nich reszty. Natomiast Kambodżanie, podobnie do Wietnamczyków, nie lubią monet. Dlatego oprócz dolarów, wprowadzili także swoje Rieale. Przeliczenie jest bardzo proste. 1000 Rieali to 0,25 USD. Także wszelkie cząstkowe reszty, dostaniemy w Reialach. Sprytne i prosto działające. Co do samych cen, to Kambodża podobnie do Wietnamu jest bardzo tania. Piwo w pubie za dolara, w trochę lepszym za dwa, dwa i pół. Obiad w street foodzie spokojnie zjemy za 2,3 dolary i będzie na pewno wyśmienity, bo kuchnia kambodżańska jest bardzo smaczna. Fantastyczne świeżo wyciskane soki, wołowina, kurczaki, przepyszne naleśniki z bananami…

Z pewnością do Siem Reap powrócę przy okazji kolejnej wycieczki, wtedy postaram się dogłębniej poznać samo miasto i skosztować większej ilości przysmaków ulicznych, których jest tam naprawdę sporo i nie powtarzają się z tym wietnamskimi. Jednak główny cel mojej wyprawy jak i grupy dla której byłem przewodnikiem, był kompleks miasta Angkor, ze świątyniami Ta Prohm, Bayon i tą najsłynniejszą – Angkor Wat…

Kuala Lumpur!

W Wietnamie pracuję jako tour leader oraz przewodnik w biurze podróży. Dzięki temu mam dodatkowe okazje, by poznać Indochiny. Tym razem z moją grupą miałem spotkać się w Siem Reap w Kambodży (o tym mieście będzie później). Miała mnie czekać 15h wycieczka autobusem, ale dzięki tanim liniom lotniczym AirAsia, postanowiłem dostać się tam przez Kuala Lumpur – stolicę Malezji. W końcu koszt lotu był taki sam, jak koszt przejazdu autobusem. 

 

Kto nie zna ze zdjęć malowniczych wież Petronas Tower? Kto nie słyszał o tym mieście?. Gdy znalazłem bilety lotnicze w cenie biletów autobusowych, do tego w rozkładzie umożliwiającym mi zwiedzanie miasta, nawet się nie zastanawiałem (Podróż autobusem to 7h z Sajgonu do Phnom Penh i drugie 7h z Phnom Penh do Siem Reap). Loty udało mi się ułożyć bardzo korzystnie. Pierwszego dnia wylatywałem o 9:15 by 2h później być już w KL. Właściwie 3h, bo zmiana czasu w KL względem Sajgonu to +1. Mój wylot do Siem Reap był następnego dnia o 6:15, co dawało mi dobrych kilka godzin na pozwiedzanie miasta plus spotkanie ludzi mieszkających w KL, o czym później :).

Waluta w Malezji to MYR i jest bardzo łatwo przeliczalna dla nas, Polaków. 1MYR to około 0,95 PLN 🙂

Polacy nie potrzebują wiz do Malezji, jeżeli pobyt nie przekracza 90 dni.

Najpierw o samym lotnisku i transferze do centrum miasta. KLIA (Kuala Lumpur International Airport) jest przeogromne. Wiele kilometrów trzeba pokonać, by z terminalu lotniska przejść do centrum handlowego a potem by dojść do postoju taksówek lub stacji szybkiej kolei. Najlepszy sposób dotarcia do miasta? Szybka kolej KLIA Ekspress. Koszt 55 MYR może odstraszać, ale w 28 minut (tak się reklamują, sprawdziłem, są punktualni), dostajemy się na centralną stację miasta KL Sentral. Taksówki czy busy często stoją w korkach, które są zmorą Kuala Lumpur. Gdy kupujemy bilet w dwie strony, cena wynosi 100 MYR (10 MYR zniżki).

 

Ja od razu po dojechaniu do miasta wybrałem się kolejką monorail w stronę słynnych wież Petronas Tower. 3 najwyższy budynek świata robi kolosalne wrażenie. Dwie wielkie wieże, w otoczeniu parku i innych wysokościowców. Zdjęcia mówią same za siebie. Powędrowałem trochę po biznesowej dzielnicy KL, kilka razy się gubiąc ponieważ nawigacja nie jest tutaj łatwa. Niektóre trasy piesze przechodzą przez centra handlowe, kładki, które ciągną się kilometrami, plus w wielu miejscach są remonty, przez co nawet moja mapa, wzięta z informacji miejskiej, nie było do końca aktualna. Co do centr handlowych. To zlokalizowane pod wieżami Petronas przeszło moje wszelkie oczekiwania. Tak ogromnego, męczącego, ogromnego CH jeszcze nie widziałem.

Po wizycie w dzielnicy centralnej wyruszyłem do Chinatown, gdzie spotkać się miałem z couchsurferami mieszkającymi w KL. Jakże inna jest dzielnica chińska i indyjska, po których miałem okazję wędrować. Wszystkie kultury w Kuala Lumpur żyją w komitywie, szanują siebie nawzajem, choć mają swoje szkoły, centra kultury itd. Co ciekawe, na przykład ceny mieszkań są inne dla chińczyków, hindusów czy malezyjczyków. Nie mówiąc już o cenach dla „białych”, z którymi przyjeżdżają w końcu dolary 😉

Na sam koniec przyszło mi po raz pierwszy spotkać się z couchsurferami i to spotkanie zasługuje na osobny akapit. Nigdy wcześniej z serwisu nie korzystałem, mimo że konto mam już jakiś czas. Natomiast uwielbiam spotykać się z ludźmi, którzy mieszkają w danym miejscu. Nie ma lepszego przewodnika, nikt nie ma więcej historii. Na moje zapytanie o spotkanie się wieczorem na piwko i zwiedzanie (nie szukałem noclegu, ponieważ musiałem ostatnim pociągiem wrócić na lotnisko i tam przenocować, ze względu na wczesny wylot) zareagowało kilka osób, w tym Amerykanin Michael, który także akurat tego dnia podróżował przez KL. Dołączyła do nas Malezyjka Wong i Filipinka Victoria, obie mieszkające i pracujące w Kuala Lumpur. Świetnie spędzony czas na wymianie doświadczeń, pokazaniu kawałka Chinatown oraz dzielnicy indyjskiej, kolacji w dobrym street foodzie i nadziei na następne spotkanie gdzieś w innej części świata. Fantastyczne jest to, jak ludzie potrafią być do siebie otwarci i dzięki takim portalom jak couchsurfing jest im łatwiej to zrobić.

Malezyjska kuchnia to zbiór wszystkich kuchni, które są w Azji. W centrach handlowych w części jadalnej, mamy podział na kuchnie jak chińska, hinduska, oparta na kurczaku, wołowinie itd. Jest czego próbować 😉

 

Moje zwiedzanie Kuala Lumpur zakończyło się około północy, gdyż musiałem udać się ostatnim pociągiem na lotnisko (KLIA Ekspress kursuje od 5 rano do północy, mój wylot był o 6:15). Razem z innymi podróżnikami zająłem jedno z wielu miejsc przeznaczonych do spania w ogromnym terminalu. Co mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło, są tam wyznaczone dwa miejsca, pokryte wykładziną, gdzie ludzie śpią jeden obok drugiego, czekając na wylot. W tym miejscu cały czas czuwał strażnik. Ja osobiście wybrałem miękką kanapę niedaleko McDonaldsa na 1 piętrze (taka porada dla tych, którzy będą chcieli jak ja czekać na lot ;)).

 

Nie udało mi się wiele zobaczyć z atrakcji Kuala Lumpur, w końcu miałem około 10 godzin. Miasto urzeka swoją wielkością, Petronas Tower są fascynujące, ludzie przemili, kuchnia smaczna i różnorodna. I do tego jest bardzo tanio jeżeli chodzi o cenę transportu czy jedzenia. Z pewnością wrócę tam na dłużej, zobaczyć, co warte zobaczenia, posiedzieć w parku przy Petronas Tower, skosztować kolejnych specjałów. Tym razem na mnie czekało już Siem Reap do którego leciałem obserwując wschód słońca nad Malezją. Ale o tym już w następnym wpisie…

Wschód słońca nad Malezją

Karaoke i świętowanie pod domem

71 rocznica założenia Ludowego Wojska Wietnamu oraz 28 rocznica założenia Stowarzyszenia Obrony Narodowej. Takiej treści napis (podający jeszcze dwie daty 22.12.1944 oraz 22.12.1989) pojawił się dzisiaj na małym namiocie ustawionym przed naszym domem.

 

Wietnamczycy lubią świętować, organizować gale z różnych okazji, mniej lub bardziej wystawne. Po raz drugi pod naszym domem pojawił się namiot. Taki namiot, Wietnamczycy stawiają w około 2-3h. Potem przyjeżdża catering, stawiane są obowiązkowe głośniki i telewizor do karaoke. I możecie mieć pewność, że od momentu podłączenia sprzętu do czasu imprezy karaoke będzie leciało cały czas, a losowi okoliczni mieszkańcy będą mogli przyjść i sobie pośpiewać. Także cały dzień z muzyką wietnamską 😉  Natomiast w czasie pisania tego posta odbywały się odśpiewywania pieśni patriotycznych przez zespół pań w mundurach, co chwile przerywanym wietnamskim toastem „Mot Hai Ba Yo!” 

Dzisiaj tak od 19 do pewnie 22, 23 mamy popis wietnamskiego karaoke. Oni to uwielbiają…a brzmi to…no cóż, Europejczyk po pół godziny ma dosyć. Posłuchajcie:

 

 

 

 

 

Świątecznie w Ho Chi Minh City

Gdy temperatura sięga 35 stopni, codziennie świeci słońce, na drzewach pojawiają się pąki i kwitną kwiaty, trudno poczuć atmosferę Świąt Bożego Narodzenia znaną z Polski. Nie ma też tak zorganizowanego przyozdabiania miasta, jak to dzieje się w Europie. Jednak temat Bożego Narodzenia jest obecny w Wietnamie. Cały Sajgon ogarnięty jest komercyjną wersją świąt. Wszędzie są kolorowe lampki, choinki, bałwanki a czasami nawet bardziej rozbudowane instalacje. Przy każdej ciekawszej codziennie sami Wietnamczycy robią sobie setki zdjęć. Na ulicach można kupić sztuczne choinki (ze śniegiem lub bez), stroje Gwiazdorów, śnieżynek, zabawki związane z świętami, w restauracjach i galeriach lecą świąteczne przeboje i tak dalej. Odbywają się także jarmarki świąteczne, gdzie można zakupić produkty często sprzedawane przez przybyszów z całego świata, którzy w Sajgonie mieszkają i swoje krajowe świąteczne przysmaki oferują.

Aspekt bardziej religijny widoczny jest tylko tam, gdzie mieszkają katolicy. Nam osobiście udało się znaleźć zdjęcia dwóch żłóbków, zrobionych bardzo pięknie, przed samym domem lub w wejściu. A na przykład w bloku naszego znajomego Macieja stoi wielkich rozmiarów żłóbek, nad jednym z wejść do bloku.

Mimo wysokiej temperatury, braku śniegu i egzotycznej roślinności, da się poczuć atmosferę Świąt w Wietnamie. Szczególnie, jak w słuchawkach leci Chris Rea śpiewający „Driving home for Christmas” 🙂

Oto nasza świąteczna galeria 🙂

 

Suoi Tien Theme Park!

W jeden przepiękny, słoneczny piątek postanowiliśmy wybrać się do parku rozrywki. W Sajgonie jest kilka tego obiektów, jedne bardziej nastawione na wodną rozrywkę, inne na ZOO itd. Nasz wybór padł na Suoi Tien Amusement Park, położony około 30 minut jazdy motorem od naszego domu, w dystrykcie 2.

Już na samej drodze do parku mieliśmy atrakcję, ponieważ zatrzymała nas policja. Bez żadnego powodu, niby na zwykłą kontrolę. Tu muszę zaznaczyć, że policja w Wietnamie jest dosyć skorumpowana. Po pierwszym pytaniu o prawo jazdy i mojej odpowiedzi po polsku, że nie mam przy sobie, której na pewno nie zrozumiał, pojawiły się dwa słowa w języku angielskim – „money” oraz „million”. I na kartce napisana została suma 1 000 000 VND, czyli około 50 USD. Oczywiscie, oficjalnie mandatu nie wystawil. Jednak po krótkiej „dyskusji” z panem policjantem, który do nas mówił ciągle „money, money” a my do niego po polsku różne zdania, stróż prawa ewidentnie zły machnął reką i kazał odjechać 😉 Policja 0:1 Kozłowscy! 

No ale teraz już o samym parku. Zajmuje on spory teren, na którym rozmieszczono mnóstwo atrakcji, jednak w większości przeznaczonych dla rodzin z dziećmi. Wejście kosztuje 90 000 VND (około 15 PLN), następnie za każdą atrakcję płaci się osobno. Można kupić także bilet combo, który zawiera wejście na 20 atrakcji. Jego cena była akurat przeceniona z 500 000 VND (około 100 PLN) na 250 000 (50 PLN). My jednak wybraliśmy wejście na własną rękę i wybieranie atrakcji samemu.

W środku znajduje się bardzo ciekawa architektura, która od razu każdemu europejczykowi skojarzy się z Azją. Wielkie smoki, figury Buddy, różne inne bóstwa przy których można składać ofiarę za pomyślność. Dodatkowo sporo różnych figur, mostków, miejscami jest naprawdę urokliwie. Znajduje się tam takżę mini wodny park rozrywki, rollercoaster (nie polecamy, bo strasznie krótki), sporo karuzel mniejszych i większych. Znajduje się tam także park krokodyli, w którym można osobiście karmić krokodyle (lub łowić, jak kto woli 😉 a także delfinarium, w którym odbywają się pokazy delfinów. My niestety tych atrakcji nie odwiedziliśmy, ponieważ z racji, że był to normalny dzień tygodnia, pomiędzy pokazami były spore przerwy. Inne atrakcje, jak na przyklad walke na lasery, zamek strachu i kino 8D zostawiamy na nastepny raz 🙂

Za to skorzystaliśmy z toru gokartowego, całkiem długiego i pozwalającego na wyprzedzanie się. Obok tego toru można było jeszcze pościgać się na quadach i motorach. Dodatkowe atrakcje wokół były wciąż w budowie. Inną dla nas fajną atrakcją był baseny z rybkami, które oczyszczają stopki, polecamy to szczególnie, bardzo popularne w Wietnamie i relaksujące. 😉 Wstapiliśmy jeszcze do sympatycznego zimowego zamku! Na wejściu dostaje się kalosze (w końcu w środku temperatura 5 stopni, na zewnątrz 30) i płaszczyk i można iść ślizgać się z górki na oponach 😉 W ten sposób, spędzając tam kilka minut solidaryzowaliśmy się z Polską wchodzącą w okres zimy! Taki jeden zjazd możecie zobaczyć na naszym facebooku.

Z pewnością możemy polecić ten park osobom, które do Wietnamu wybierają się z dziećmi i chcą na jeden dzień odpoczać od tradycyjnego zwiedzania. Dla osób, szukających wrażeń, wydaje nam się, że będzie Dai Nam Theme Park, położony dalej od Sajgonu. Ale ten park jeszcze przed nami 😉